Historia polskiej muzyki kabaretowej opiera się na kilku wspaniałych postaciach. Jedną z nich był niewątpliwie bohater tej strony. Chciałbym zaproponować Ci powrót do Warszawy lat 30-tych, w których wielką karierę rozpoczął kasjer kolejowy. Kasjerem tym był Mieczysław Fogg.
 

Visit Our Sponsor
adClix Sponsorship Information

MIECZYSŁAW FOGG

Fogg - karykatura Władysława Kondora, 1931

Mieczysław Fogg urodził się 30 maja 1901 roku w Warszawie i z tym właśnie miastem był związany przez całe życie. Od dzieciństwa lubił śpiewać, choć rodzina nie była zachwycona planowaną przez syna karierą piosenkarską - był to wówczas chleb trudny i co gorsza nieregularny. Zdolności i chęć wybrania własnej drogi walczyły z mocnym postanowieniem ojca Mieczysława, że wychowa on syna na kolejarza.

Rodzice Mietka często wysyłali go po bilety do Operetki, w której lubili bywać. Często brakowało biletów i wówczas zawsze ratował sytuację Rudy Bronek - postać, która wielokrotnie przewijała się przez życie Fogga. Nie był to zwykły konik, jakich dzisiaj spotykamy. Ceny biletów kupowanych u niego były wyższe o stały procent, zaś dodatkową usługą było przedstawienie libretta danej sztuki oraz obsady. Rudy Bronek był jednak przede wszystkim klakierem - profesja ta nie jest już dzisiaj zbyt znana. Był jednocześnie najlepszym w swoim fachu - zwano go nie od parady "królem warszawskich klakierów".

Mietek śpiewał zawsze i wszędzie. Nie stanowiło dla niego również problemu robić to dla tych, którzy stanowczo nie byli melomanami. Przed snem śpiewał nawet w wojsku, co czasem kończyło się rzucaniem w niego przez kolegów czym popadło.

Po powrocie do cywila Fogg zatrudnił się - zgodnie z życzeniem ojca - w PKP na stanowisku kasjera i frachtowca. Tylko raz zdarzył mu się niemiły wypadek, kiedy to wysłał wagon maszyn do szycia do Biłgoraju zamiast do Poznania. Był jednak sumiennym pracownikiem i po kilku latach awansował na głównego kasjera. Pracę w PKP Fogg utrzymywał długo, nigdy bowiem nie było wiadomo, jak długo będzie istniał na estradzie.

Pewnego dnia Fogg przechodził koło kościoła i usłyszał nie najgorsze dźwięki chóru. Przedstawił się organiście i umówił się na egzamin w dniu następnym. "Ma pan piękny głos" - stwierdził wówczas organista - "może pan u nas śpiewać". Śpiewy w kościele odbywały się tylko w niedziele, jednak trzy razy w tygodniu w mieszkaniu organisty odbywały się próby. Pewnego dnia na próbie pojawili się dwaj znani już Mieczysławowi artyści: Stanisław Stasiak i Ludwik Kierski, znany bardziej jako Ludwik Sempoliński. Okazało się, że organista dorabiał sobie jako sufler w Operetce i miał dobre stosunki z solistami. Ponieważ był to okres przedświąteczny, chór wraz z gośćmi odśpiewał kolędę "Bracia, patrzcie jeno". Po próbie Ludwik Sempoliński podszedł do Mietka i stwierdził : "Powinien się pan wziąć poważnie do nauki śpiewu. Będą z pana ludzie."

Następnego dnia Fogg wszedł nieśmiało do mieszkania znanego profesora śpiewu. Pokręcił się chwilę i... uciekł, obawiając się, że w decydującym momencie zadrży mu głos. Jednakże następnego dnia odważył się wreszcie zaprezentować kilka gam profesorowi Łysakowskiemu. Ten przyjął nowego ucznia natychmiast. Nie udało się przerobić jego głosu na tenor, czego początkowo próbował profesor, pozostali zatem przy barytonie, którym zachwyca do dziś.

Ojciec Mieczysława nie wierzył jednak, że z edukacji muzycznej coś wyniknie: "Prędzej mi wyrośnie Lasek Bielański na dłoni niż ty zostaniesz śpiewakiem" - mawiał. Niestety, nie doczekał pierwszego profesjonalnego występu syna: zmarł w 1925 roku, zaś wielki debiut Mieczysława Fogga odbył się w 1929. Ojciec zmienił jednak zdanie, gdy usłyszał swego syna śpiewającego na pogrzebie jego kolegi - maszynisty. Stwierdził wówczas, że ma naprawdę ładny głos i że może jednak będzie z niego artysta. W tym czasie Fogg zaczął chodzić do opery. Typowym wejściem był sposób "na 50-ciogroszówkę"; wręczało się ją woźnemu, który wpuszczał grupkę zapaleńców na galerię. Tam właśnie Fogg poznał między innymi Jana Kiepurę.

Nauka śpiewu była jednak bardzo kosztowna. Ponieważ z niewielkiej pensji kasjera nie udałoby się - szczególnie po śmierci ojca - utrzymać i opłacić lekcji; Fogg został klakierem, zaś jego szefem został Rudy Bronek - ten sam, u którego kupował rodzicom bilety kilka lat wcześniej. Drugim źródłem dodatkowych pieniędzy były tzw. chałtury. Na jednej z nich, podczas uroczystości opłacanej przez jednego z bogaczy przedwojennej Warszawy, Fogg śpiewał razem ze słynnym już w całej Polsce Ignacym Dygasem. Gdy Fogg próbował odsunąć się, dając mistrzowi lepsze miejsce, ten otoczył go ramieniem i stwierdził z szelmowskim uśmiechem: "Stój tu, synku. Jeżeli wypadnie źle, to niech pomyślą, że to ty śpiewałeś.". Później Dygas stał się jego nauczycielem.

Zwyczajem ówczesnych (i zapewne wielu współczesnych) artystów było zmienianie nauczycieli głosu jak rękawiczek. Jeżeli gdzieś poszła fama iż któryś z profesorów jest doskonały, Fogg natychmiast próbował zostać przez niego przyjętym. Kolejnym nauczycielem Fogga był sławny pedagog i świetny baryton - Eugeniusz Mossakowski. Dwa lata później następnym był profesor Ardatti, później zaś Floriani - Zbierzchowska i Stefan Belina - Skupiewski. Gdy dług u tego ostatniego wzrósł do astronomicznej sumy 500 złotych, Fogg musiał zrezygnować. Jednak honorowo oddał dług z pierwszych gaż scenicznych. Belina - Skupiewski wspominał: "Miałem już uczniów bardziej utalentowanych, ale nie miałem uczciwszego". Swój głos szkolił u nauczycieli śpiewu praktycznie przez cały czas swojej kariery muzycznej. Ostatnim i najdroższym nauczycielem Fogga był Wacław Brzeziński, ten sam u którego uczył się Jan Kiepura oraz przyszły mąż Smosarskiej - Protasewicz.

Chór Dana - pierwszy występ

Po kilku latach nauki Fogg przygotował dwie partie operowe: ojca w "Traviacie" i Tonia w "Pajacach". Dyrektor Opery Poznańskiej zaproponował mu angaż, jednak dopiero w następnym sezonie. Zażyczył sobie również dopracowania arii, na co z kolei znowu trzeba było zdobyć pieniądze... W tym idealnym momencie pojawił się Leon Badowski, specjalizujący się w angażowaniu młodych artystów do chórów oraz innych zespołów. Stwierdził on, że słynny kabaret "Qui Pro Quo" poszukuje chórku do akompaniamentu. Tak właśnie rozpoczęła się historia Chóru Dana. Dyrektor Boczkowski wezwał jednak po jakim czasie członków chóru do gabinetu i stwierdził: "Może w kościele to wypada dobrze, ale tu jest kabaret i nic z tego nie będzie".

Ratunkiem okazał się niejaki Daniłowski, który przez 6 miesięcy poprawiał styl śpiewu grupy. Niestety, żaden z teatrzyków kabaretowych nie chciał ich nadal zaangażować, zatem pryncypał postanowił pójść prosto do jaskini lwa - czyli z powrotem do dyrektora "Qui Pro Quo". Daniłowski zaproponował, że pierwszy występ chóru będzie darmowy, a jeżeli i tym razem nic z tego nie wyjdzie, wszyscy rozejdą się do domów i darują sobie śpiewanie. Boczkowski zgodził się zaryzykować.

29 marca 1929 roku odbył się pierwszy występ Chóru Dana z Mieczysławem Foggiem na deskach "Qui Pro Quo". Chór zaśpiewał dwie argentyńskie piosenki (w oryginale) i zdobył serca publiczności. Scenografia była dość specyficzna: widok zatoki w Rio De Janeiro nie wystawiał najlepszej oceny znajomości geografii przez dekoratora (był nim świetny w swoim fachu Józef Galewski). Entuzjazm widowni i krytyków był jednoznaczny. Natomiast efektem ubocznym było uznanie przez publiczność, że śpiewali dla nich autentyczni Argentyńczycy. Nabrał się na to nawet pracownik ambasady tego kraju... W następnym programie Boczkowski zdecydował się jednak zmienić image zespołu, który i tak nie był możliwy do utrzymania na dłuższą metę. Odtąd Chór Dana rozpoczął karierę, a Mieczysław Fogg - drugi etap mozolnej wędrówki na szczyty. Po jednym z występów za kulisy wszedł uśmiechnięty widz i stwierdził: "Bardzo mi się podobały ludowe piosenki zaśpiewane na jazzowo". Widzem tym był Karol Szymanowski.

Fogg podjął decyzję o rezygnacji z ewentualnej kariery operowej, postanowił poświęcić się kabaretowi. Życie kabaretowe miało jednak swoje plusy i minusy. O minusach nie ma co w gruncie rzeczy mówić, pozostały one takie same aż do dziś: późne powroty do domu, ciężka praca od rana, ćwiczenia głosu. A plusy? Oto jedna z anegdotek krążących o "Qui Pro Quo". Otóż syn Fogga (Jędrek) bardzo polubił Zulę Pogorzelsk - do tego stopnia, że chętniej odwiedzał jej garderobę niż pokój ojca. Hanka Ordonówna, chcąc kiedyś wystawić na próbę przyjaźń Jędrka do Pogorzelskiej, zaproponowała, że obie sfingują w obecności dziecka sprzeczkę, w czasie której Ordonka zrobi zamaszysty ruch, jakby chciała uderzyć koleżankę. Stanął zakład: Ordonka była zdania, że Jędruś nie zareaguje, by bronić swej sympatii, Pogorzelska twierdziła coś wręcz przeciwnego. Ta, która przegra, miała postawić szampana. Przegrała oczywiście inicjatorka zakładu. Jędrek przysłuchiwał się z rosnącym niepokojem głośnej wymianie zdań, a w chwili gdy Hanka Ordonówna zamierzyła się na Pogorzelską, Fogg - junior doskoczył i... ugryzł "agresorkę" - na szczęście lekko - w nogę.

Fogg jako idol

Pierwszą płytę Fogg nagrał rok po debiucie, w wytwórni Syrena Record. Piosenką była "Zawiodły me sny, synku" z repertuaru Ala Jonsona (znamy go jako pierwszego aktora śpiewającego z ekranu kinowego - w pierwszym filmie dźwiękowym "Śpiewak jazzbandu"). Jedna z piosenek, "Ta ostatnia niedziela", osiągnęła przed wojną nakład ponad 100.000 egzemplarzy. Gdyby wziąć pod uwagę mniejszą ilość użytkowanych patefonów oraz oczywiście mniejszą liczebność Polski - dziś byłby to odpowiednik około miliona sztuk!

Chór Dana zyskiwał coraz większe sukcesy estradowe, płytowe i radiowe. Dołączył do tego pierwszy film gdzie podłożono piosenkę "Flisacy", zaś nagrania dokonano w Berlinie. I właśnie "Dziesięciu z Pawiaka" rozpoczęło szeroką znajomość kwintetu wśród gawiedzi. Kabarety były bowiem miejscami dość drogimi, zaś na kino stać było każdego. Chór często był zapraszany za granicę, na przykład dwumiesięczny kontrakt podpisano z berlińską "Scalą". Nie były to tylko występy na zachodzie Europy - ich tournee po wschodnich rubieżach Polski oraz w Helsinkach, Moskwie i Leningradzie było wielkim sukcesem. Byli również gośćmi włoskiego króla Wiktora Emanuela, gdzie księżniczka Maria dopominała się wielokrotnie o zaśpiewanie "Flisaków".

Podobny sukces powtórzył się w Stanach Zjednoczonych, gdzie kontrakt przedłużono o 2 miesiące i występ przed mikrofonami NBC. Z występem tym wiąże się zabawna anegdota. Otóż Daniłowski, kierownik kwintetu, nie znał zupełnie języka angielskiego. Problem rozwiązano w ten sposób, że spiker NBC miał zapisane pytania, zaś przed gościem leżały ułożone w tej samej kolejności odpowiedzi - zapisane fonetycznie. Niestety spiker pomylił kartki i zamiast zapytać o to, czy chór występował gdzieś poza granicami Polski zadał inne: "Czy panowie są żonaci?". Daniłowski, sądząc, że chodzi o pytanie nr 1 odpowiedział zgodnie z przygotowaną kolejnością: "Owszem! W Rosji, Niemczech, Norwegii, Włoszech, Holandii, Łotwie, Estonii, Finlandii, Rumunii i w 31 stanach USA".

Mieczysław Fogg

W 1938 roku Fogg dojrzał do rozstania z Chórem Dana i postanowił rozpocząć karierę solową. Nieco wcześniej zrezygnował również z pracy w PKP. Przez pewien czas śpiewał w duecie z Mirą Zimińską (zmarłą pod koniec stycznia 1997 r.) z którą odbył pełną sukcesów trasę koncertową po Polsce.

Podczas trasy po USA Fogg wystąpił w Bayonne na koncercie na rzecz biednych dzieci. Kiedy wręczono mu kopertę z honorarium, odmówił jej przyjęcia. Koncert, który organizowała policja, wypadł tak dobrze, że wręczono Mieczysławowi odznakę honorowego policjanta. Później policjanci kazali przeprowadzić test: Fogg wsiadł do samochodu, przejechał kilka skrzyżowań na czerwonym świetle i zaczął uciekać przed goniącym go wozem. Gdy już się zatrzymał, policjant rzucił tylko okiem na znaczek wpięty w klapę i powiedział: "Okay, captain. Good bye."

Niedługo po powrocie do Polski Fogg wystąpił w słynnej rewii "Orzeł czy Rzeszka". W Warszawie pachniało już wojną. Aluzja i dowcipy polityczne w rewii "Orzeł czy Rzeszka" powodowały huraganową reakcję widowni. Polskie kabarety przestały czuć na sobie piętno cenzury, która po wizycie Ribbentropa nie miała już praktycznie nic do roboty - wojna wisiała na włosku. 31 sierpnia 1939 roku na afisz kabaretu "Ali Baba" weszła nowa rewia "Fakty i pakty". Po przedstawieniu artyści rozeszli się wyspać. Obudziły ich wybuchy bomb i pamiętne słowa Tadeusza Bocheńskiego "Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy".

1 września Fogg odebrał telefon od Hanki Ordonówny: "Mieciu! Idziemy śpiewać na dworce, dla rannych żołnierzy!". Gdy tylko na dworzec zajechał pierwszy pociąg z rannymi, zaczęli chodzić od wagonu do wagonu śpiewając piosenki. Żołnierze - często w bandażach - nie tracili ducha. "Nie damy się!" - wołali. Jeszcze przez kilka dni spędzali godziny na dworcu. To było ostatnie spotkanie i ostatnie wspólne występy Hanki Ordonówny i Fogga.

Jeszcze przez trzy dni kabaret "Ali Baba" prezentował ostatnią sztukę. 4 września bomba zniszczyła budynek. Fogg razem z grupą artystów zebraną przez ZASP, w której znaleźli się Dymsza, Damięcki i Różycki, wyjechał z Warszawy do Lwowa.

Na początku listopada ZASP odwołał dotychczasowy zakaz występów dla polskich artystów w "lokalach ze stolikami". Fogg zaczął śpiewać po kawiarniach piosenki które miały podnosić na duchu kobiety oczekujące na wiadomość od swoich mężów, braci i przyjaciół. Piosenka "Ukochana ja wrócę" o mało co nie kosztowałaby go życie. Jego - pierwsza w czasie okupacji - piosenka stała się szlagieram i wywołała reakcję niemal łańcuchową.

Ukochana ja wrócę

Ukochana, ja wrócę, wierz!
Choćbym cały zmierzył świat wzdłuż i wszerz
Moja miłość jest silniejsza niż wojna
Ufnie czekaj, otrzyj łzy, bądź spokojna!
Bo ja wrócę pewnego dnia
W drzwi zastukam, spytasz "kto tam", otwórz - to ja!
Więc gdy płakać, miła, chcesz,
Szepnij tylko: "Boże strzeż".
I ja wrócę, kochana, wierz!

Jeden wrócił, drugi wrócił a twojego chłopca ciągle jeszcze brak
Braknie oczom łez, gdzież twój miły jest
Za górami, za lasami, ale myśl
Ta jedna myśl mu każe żyć.
Że wciąż czekasz go, że tęsknisz wciąż
Że kochasz wciąż.

Ukochana, ja wrócę...

Pewnego dnia w "Cafe Bodo" w której śpiewał, pojawili się niepożądani goście. Obok lokalu przechodziła volksdeutschka z Łodzi, jego wielbicielka sprzed wojny. Towarzyszył jej pijany gestapowiec i tłumacz. Na widok napisu z nazwiskiem Fogga przed kawiarnią zawołała "O, tu śpiewa Fogg!". Gdy gestapowiec zapytał kto to taki odpowiedziała: "Mój ulubiony piosenkarz". Szarmancki gestapowiec zaprosił ją zatem do lokalu. Podczas piosenki "Ukochana ja wrócę" obecne na sali wzruszone kobiety zaczęły sięgać po chusteczki. Gestapowiec, zaintrygowany tym faktem, zażądał od tłumacza przełożenia tekstu, który zaczął to robić słowo po słowie. Pod koniec piosenki Niemiec gwałtownie podniósł się z miejsca, wyciągnął rewolwer i wymierzył w stronę Fogga. Ten zaś nie zareagował - Mieczysław śpiewał zawsze bez okularów, a cierpiał na dużą krótkowzroczność. Zszedł po piosence do kuchni, pełniącej rolę kulis i po chwili wpadł tam gestapowiec. Kobieta, z którą przyszedł wyszarpnęła mu siłą pistolet. Skończyło się na razie wezwaniem do gestapo na al. Szucha. Scenę tę Fogg wspominał tak:

Koncert ku pamięci Powstania

Po likwidacji getta Fogg przestał występować. Ostrzeżony przez AK, że Niemcy mają go na oku jako "estradowego propagandzistę" przyjął pracę kelnera na Marszałkowskiej i tak właśnie zastało go Powstanie Warszawskie. Oto jak wspominał jedno ze zdarzeń:

Podobno w trakcie Powstania Warszawskiego Fogg śpiewał 104 razy.

Bezpośrednio po wojnie Fogg zdecydował się otworzyć własna kawiarnię, której użyczył nazwiska. O wystrój wnętrza zadbał scenograf Stanisław Lipski, który wykorzystał kawałki blachy, drutu i stalowych prętów znalezionych wśród ruin. Główną ozdobą lokalu było pianino, wyprodukowane przed wojną przez znaną bydgoską firmę Sommerfeld.

Oficjalne otwarcie kawiarenki odbyło się 4 marca 1945 roku. Lokalik posiadał tylko 40 miejsc siedzących, reszta musiała wysłuchać inauguracyjnego występu Fogga na stojąco. Pierwszą piosenką była oczywiście "Piosenka o mojej Warszawie". Lokal był wówczas wysepką wśród morza ruin. Obok uczty duchowej lokal oferowywał też coś dla ciała. Było tam najlepsza kuchnia, potrawy przyrządzał jeden z najlepszych przedwojennych warszawskich kucharzy. W barku widniały najlepsze alkohole krajowe i zagraniczne. Te ostatnie pochodziły ze znalezisk wśród ruin, czasem ktoś likwidował zniszczony skład z alkoholami do własnego użytku.

Pomysły inwestycyjne Fogga nie kończyły się na kawiarni. Przez krótki czas był właścicielem małej fabryczki płyt, tłoczonych w starym magazynie dawnej wytwórni marmolady. "Fogg Records" padło jednak bardzo szybko.

W 1947 roku Fogg odbył swoją pierwszą powojenną podróż z koncertami - odwiedził wtedy stolicę walca: Wiedeń. Po tym występie impresario zaprosił go na występy w Grazu, Linzu i Salzburgu. Następnie ruszył w trasy po Polsce. Drugim domem Fogga były hotele. W tamtych czasach obsługa pozostawiała - delikatnie mówiąc - sporo do życzenia. W Grudziądzu w hotelu "Dworcowym" o godzinie ósmej rano przypominano o zakończeniu doby hotelowej wrzaskiem "Wychodzić! No, ale już!!!".

Sława jest ułudą - podczas meldowania się w innym hotelu stary portier położył przed nimi dwie karty meldunkowe i stwierdził: "Tę kartkę niech pan wypełni, a ta druga jest dla tego pana Foki czy jak mu tam."

W 1954 roku podczas jubileuszu 25-lecia kariery scenicznej Fogg został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Listy gratulacyjne przysłało całe mnóstwo osób: Mieczysława Ćwiklińska, były ambasador Polski w Londynie Eugeniusz Milnikiel, Mira Zimińska, Tadeusz Sygietyński i wielu innych. Rok 1957 przyniósł pierwszą powojenną trasę koncertową w USA, podczas pobytu tam najbardziej wbiło się w pamięć przyjęcie u Jana Kiepury i Marty Eggerth.

Fogg z 7-letnim wnuczkiem Michałem

Mieczysław Fogg przez ponad pół wieku pozostawał w znakomitej formie, przemierzając z polską piosenką trasy koncertowe na czterech kontynentach, gdzie wszędzie był serdecznie witany i przyjmowany. Udało mu się pozyskać sympatię trzech, a nawet czterech pokoleń. Śpiewał i nagrywał zarówno piosenki polskie jak i polskie wersje przebojów światowych. Starał się zawsze, żeby repertuar był adekwatny do jego wieku, dlatego przez ostatnie lata najchętniej śpiewał piosenki wyrażające uczucia starszego pana, który ma już za sobą pierwszy siwy włos i najchętniej wspomina miłość sprzed lat.

Chętnie wracał do wspomnień i do piosenek, które najlepiej i najpiękniej ożywiały sentymentalne wspomnienia. Nagrał wiele płyt z repertuarem z lat międzywojennych. Cykl "Co nam zostało z tych lat" cieszył się wielkim powodzeniem. Fogg okazał się czołowym - obok Ludwika Sempolińskiego - kontynuatorem najlepszych tradycji piosenek lat dwudziestych i trzydziestych. Wśród piosenek powojennych największą popularnością cieszyły się: "Piosenka o mojej Warszawie", "Pamiętam dni", "W starym kinie", "Siwy włos" i oczywiście "Co nam zostało z tych lat".

Co nam zostało z tych lat

Dawne dni, czułe dni, wonią bzów przepojone
Wiosna we krwi, szumiał złoty nasz śpiew
Dziś jesień łka, lecą dziś zwiędłe liście z drzew
I bolesny sen mi się śni - z nocy i dni minionych.

Co nam zostało z tych lat miłości pierwszej
Zeschnięte liście i kwiat w tomiku wierszy
Wspomnienia czułe i szept i jasne łzy co nie schną
I anioł smutku co wszedł i tylko westchnął.

W jeden cień, w jeden dźwięk, w jedną pieśń melancholii
Złączył nas los - płyńmy razem w tą dal!
Czy szczęście to, czy śmierć, czy serdeczny żal
To na zawsze nasze już jest, nasze już jest choć boli.

Co nam zostało z tych lat...

Trudno jest jednoznacznie określić w czym tkwiła tajemnica jego popularności. Gdy był już nestorem polskiej piosenki, energicznie oklaskiwały go młode wielbicielki. Kiedy pytano od kiedy Fogg śpiewa, wszyscy odpowiadali: od zawsze.

Copyright (c) 1997 by Adam Jarecki. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Chciałbym podziękować Panu Andrzejowi Gawrońskiemu,
kierownikowi Działu Informacji Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. J. Piłsudskiego w Łodzi
za olbrzymią pomoc okazaną przy tworzeniu niniejszego tekstu.


Strona główna


Naleze do systemu BannerPower

BannerMania